Co gorsza, w poczekalni siedzą seniorzy, rodzice z dziećmi i osoby przewlekle chore? Na Lubelszczyźnie to nie są już pytania teoretyczne.
– Co to właściwie znaczy: „znajdź bezpieczne miejsce”? Mam ewakuować pacjentów? Dokąd? Czy wystarczy przejść do innej części poradni? – pyta w rozmowie z Medonetem dr Tomasz Zieliński, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego i prezes Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych-Pracodawców.
Syreny zawyły. Telefon lekarza zaczął dzwonić
17 września mieszkańcy regionu otrzymali ostrzeżenie przed zagrożeniem z powietrza. Uruchomiono syreny. Kolejne alerty pojawiły się 28 września i 4 października.
Dr Zieliński pamięta pierwszy z nich szczególnie dobrze. Nie wiedział, czy ma dalej przyjmować, przerwać wizyty czy ewakuować ludzi.
– Zacząłem się zastanawiać: co ja mam z tym właściwie zrobić? Na szczęście alert dosyć szybko został odwołany. Zanim wymyśliłem, co powinienem zrobić, dostałem informację, że zagrożenie minęło – mówi.
Po chwili zaczął dzwonić telefon. Pytali inni lekarze.
— „Co mamy robić? Mamy przyjmować pacjentów czy przerywać pracę? Zostawać w poradni czy wychodzić?” — relacjonuje.
Nie miał odpowiedzi na te pytania.
I właśnie to jest sedno problemu. W przychodni nie wystarczy powiedzieć personelowi, żeby „znalazł bezpieczne miejsce”. Trzeba zdecydować także, co zrobić z pacjentami. Wśród nich mogą być osoby mające trudności z poruszaniem się, seniorzy, małe dzieci czy chorzy wymagający pomocy.
Lekarze zaczęli radzić sobie sami
Dr Zieliński przyznaje, że wobec braku instrukcji sam próbuje oceniać ryzyko. Sprawdza dostępne informacje o sytuacji w powietrzu. Jeżeli zagrożenie jest daleko, pracuje dalej.
– Bo co innego mam zrobić? – pyta. I zaraz dodaje zdanie, które najlepiej pokazuje sytuację lekarzy: – Nie wiem, czy robię dobrze. Być może robię to całkowicie źle.
To szczególnie ważne, bo podczas alarmu pacjenci automatycznie zwracają się właśnie do personelu. Ostatnio dr Zieliński widział, jak ludzie w poczekalni wyciągali telefony i sprawdzali komunikaty.
Starał się ich uspokajać. Problem w tym, że lekarz sam nie dostał od państwa instrukcji, na podstawie której mógłby powiedzieć im, co należy zrobić.
Najbliższe miejsce schronienia? Jego własna przychodnia
Sprawa zrobiła się jeszcze bardziej zaskakująca, gdy lekarz zaczął szukać miejsca, do którego mógłby skierować pacjentów.
Sprawdził rządową mapę „Gdzie się ukryć?”. Okazało się, że najbliższe wskazane miejsce znajduje się... w jednej z dwóch poradni, w których sam pracuje.
Po dodatkowej weryfikacji w Państwowej Straży Pożarnej potwierdził, że placówka została wskazana jako miejsce schronienia dla mieszkańców okolicy.
To rodzi następne pytania: kto w czasie alarmu ma przyjmować ludzi szukających tam ochrony? Gdzie ich kierować? Jak pogodzić to z pracą poradni i opieką nad znajdującymi się już w środku pacjentami?
Lekarz zapytał NFZ: przerywać wizyty czy nie?
Dr Zieliński zwrócił się o instrukcje do instytucji państwowych. Chciał przede wszystkim prostej odpowiedzi: czy po ogłoszeniu alarmu przychodnia ma dalej udzielać świadczeń, czy może je przerwać i zająć się bezpieczeństwem ludzi?
– Prosiliśmy też o pilne spotkanie, bo eskalacja sytuacji następuje i nie powinniśmy czekać, aż wydarzy się coś złego – mówi.
Odpowiedź nie przyszła od razu. Dopiero po publicznym nagłośnieniu problemu odbyło się spotkanie z wojewodą lubelskim i szefem lubelskiego NFZ.
Lekarz usłyszał wówczas ważną deklarację: przerwanie pracy z powodu alarmu nie powinno powodować konsekwencji dla placówki. Dr Zieliński chce jednak otrzymać takie stanowisko na piśmie.
Medonet również zapytał lubelski oddział NFZ o procedury obowiązujące POZ podczas alarmu. Fundusz wskazał, że kwestie bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego należą do kompetencji wojewody i Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego.
Czego lekarze potrzebują przed następnym alarmem
Problem nie wymaga wielostronicowej instrukcji. Potrzebna jest procedura, którą personel będzie mógł uruchomić natychmiast po usłyszeniu syreny.
Lekarz musi wiedzieć, czy przerywa wizytę, gdzie kieruje pacjentów, które pomieszczenie w budynku jest najbezpieczniejsze, kto odpowiada za osoby mające problemy z poruszaniem się i kiedy można wrócić do normalnej pracy.
Dziś część tych decyzji lekarze podejmuje samodzielnie.
– Płacimy podatki po to, żeby instytucje państwowe przewidywały takie sytuacje i pomagały nam się do nich przygotować – mówi dr Zieliński.
Bo kiedy ponownie zawyją syreny, w przychodni nie będzie czasu na telefony do urzędów i zastanawianie się nad procedurą. Pacjenci spojrzą na lekarza i zapytają: co robimy?
I właśnie na to pytanie odpowiedź powinna być znana, zanim pojawi się kolejny alarm. Dodajmy od razu, że ten problem dotyczy tysięcy samodzielnych praktyk lekarskich, gabinetów stomatologicznych oraz poradni specjalistycznych w całym kraju.
Napisz komentarz
Komentarze